piątek, 17 kwietnia 2015

Plany sobie, życie sobie.

Nauczyłam się dawno temu, że nie warto planować. Życie i tak zweryfikuje nasze plany. Przekonałam się o tym niejednokrotnie.


Tym razem weryfikacja była naprawdę bolesna.

W wyniku dość porządnego zetknięcia Stasia z ziemią, spędziliśmy święta Wielkanocne w mało adekwatnym jak na te dni miejscu - szpitalu. 
Staś przekonał się jak  brutalne jest prawo grawitacji. Sytuacja wyglądała dość poważnie, więc nie wahałam się długo i czym prędzej pojechaliśmy na SOR Dziecięcego Szpitala Klinicznego.


Czekałam na te święta bardzo. Przede wszystkim dlatego, że uwielbiam Wielkanoc. Jest wiosna, jest cieplej (choć nie zawsze), zieleniej, są moje ulubione potrawy i są duchowe przeżycia. Są też dni wolne od szkoły, pracy, jest czas dla rodziny, bliskich, dzieci. Na chwilę można a nawet trzeba się zatrzymać, odetchnąć. Potrzebowałam spotkań, rozmów, rodzinnej atmosfery. Na to wszystko bardzo czekałam. Dodatkowo był chrzest Róży - mojej ciotecznej siostrzenicy, na który również czekałam i bardzo się cieszyłam na tę okoliczność. 

Nastawiałam się bardzo wyjątkowo, ponieważ to ostatnie ( na ładnych kilka lat) święta, które spędzam z Rodziną, że tak powiem stacjonarnie. 


Ale - Wielka Sobota, godz. 16.30 a ja z moim bratem, Stasiem w drodze na SOR. Tam czekanie, badania, płacz Stasia i mój wewnętrzny zawód. Na początku gdy nie stwierdzili nic poważnego. Ktoś w międzyczasie powiedział, że jeszcze  konsultacja chirurgiczna i jak wszystko będzie ok to pewnie pójdziemy do domu. Ale zamiast konsultacji chirurgicznej była neurologiczna, i tam okazało się, że musimy zostać na obserwacji na 48h, mimo, że aktualnie nie ma żadnych niepokojących objawów. Spodziewałam się obserwacji, ale jednak krótszej. 



Tak czy owak musiałam wziąć się w garść, bo mimo braku sił, musiałam psychicznie i fizycznie przez to przejść. Oczywiście ulga niesamowita, bo nic poważnego mojemu Dziecku się nie stało, ale z drugiej strony....no cóż, tak widocznie miało być...



W międzyczasie telefony. Odwoływanie obecności na chrzcinach, słowa zrozumienia i wsparcia. Zmartwiony i zdenerwowany mąż, który gdyby był na miejscu, nieodwołalnie to On zajmowałby się Stasiem, badaniami. Jednak męża  nie było, i choć bardzo chciał nie mógł nic zrobić. Na koniec telefon się rozładował i nie miałam jak powiadomić bliskich, że zostajemy. Jak pech to pech.



Dziękuję wszystkim za słowa wsparcia i odwiedziny w ten szczególny czas. Cioci Mag, która zrobiła nam ogromną niespodziankę, oraz rodzicom i braciom, którzy niezawodnie byli.



Tak więc plany swoją drogą, a życie swoją drogą. Nauczyłam się, że wszystko trzeba przyjmować z pokorą, choć może i miałam ochotę wściekać się, BO PRZECIEŻ JUŻ WSZYSTKO ZAPLANOWAŁAM!  Tylko co by to dało??? 


Nieraz i nie dwa, nasze plany na krótszą czy dłuższą metę musiały iść w odstawkę. Ale tak to już jest, że Życie lubi zaskakiwać. Oby częściej pozytywnie.


poniedziałek, 23 marca 2015

Siedem lat.

Trudno mi w to uwierzyć, ale moja Córka kończy dziś 7 lat.
Zuzanna - jedyna w swoim rodzaju. Kochana, wrażliwa, wdzięczna, empatyczna, pewna siebie, nerwowa, szczera do bólu, pyskata. Mieszanka wybuchowa.

Przyszła na świat 23.03.2008 roku o godz. 21.35. To była niedziela Wielkanocna. Najwcześniejsza Wielkanoc jaką pamiętam.

Chciałam mieć córkę, bardzo! W moim wymarzonym scenariuszu pierwszym dzieckiem miał być Syn, następnym Córka. Pierwszy urodził się Ignaś, więc teraz czas był na Zuzię. Imię dla Córki mieliśmy już z mężem ustalone, długo przed ciążą. Zuzanna - podobało mi się od zawsze. Gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży, od razu wiedziałam, że to będzie Zuzia, po prostu nie brałam innej opcji pod uwagę. Lecz z badania USG nie znałam płci. Tak bardzo byłam pewna swojego przeczucia. I nie pomyliłam się. Jednak gdy położna powiedziała "ma Pani Córkę"  ulżyło mi bardzo, odetchnęłam głęboko, będąc najszczęśliwszą osobą  na świecie.

Gdy urodziła się miała czarne włosy, dziś włosy mają odcień ciemnego blondu, oczy niezmiennie od urodzenia - niebieskie.
Zuzia zawsze była bardzo sprytna, wszędzie potrafiła się wspiąć, wejść. Od zawsze samodzielna. Rzadko kiedy dawała sobie pomóc, i tak jest do dziś. Sama zjadała obiad gdy miała roczek, sama się ubierała od kiedy pamiętam, nawet rajstopki, które zwykle sprawiają trochę kłopotu, wciągała na siebie w minutę. Zadziwiała mnie!

Zuzia zawsze była bardziej dojrzała, niż wskazywał na to jej wiek. Jako niemowlę rozwijała się bardzo szybko i bardzo dobrze. Chodziła w wieku 10 m-cy, mówiła jak skończyła rok, pełnymi zdaniami w wieku 1,5 roku. Bardzo szybko można się było z nią komunikować. Od małego używała nieprzeciętnych słów, i zawsze mówiła co jej leży na sercu. W ciągu kilku sekund potrafiła idealnie określić stan swoich uczuć. Szczególnie gdy czuła rozczarowanie, smutek, żal lub złość. Za każdym razem mnie zadziwiała tą lekkością, gdyż ja sama często mam problem w tym, aby wypowiedzieć  "na gorąco" co czuję a Ona robiła to w mig. Dzięki temu zawsze łatwiej jest nam rozwiązać problem. Oczywiście pozytywne uczucia też wyraża i opisuje. Ale to z tymi negatywnymi zawsze jest największy problem. 

Mam córkę, nieprzeciętną. Mam nadzieję, że zawsze będziemy miały ze sobą dobry kontakt, i że zawsze będziemy mogły porozmawiać o wszystkim, jak ja ze swoją mamą. 

Ona - jedyna Córka- jestem szczęściarą, że ją mam.













A w niewielkim cieniu swojej starsze siostry, Staś kończy 18 miesięcy - 23.09.2013 r.
Uwielbiam takie zbieżności, gdy daty narodzin moich bliskich w jakiś sposób się łączą, czy to dniem czy miesiącem.



Dobrego dnia :*
Pozdrawiam
Agata

sobota, 14 marca 2015

w oczekiwaniu.

Minęło 6 tygodni, odkąd widziałam w realu swojego męża, a dzieci ojca. 
Zmienia się, wszystko. 
Tęsknota rośnie z dnia na dzień. Kostuś mówi, że już chce jechać do Anglii bo chce się przytulić do taty. Staś po rozmowie z tatą na skypie podchodzi do biurka, łapie za myszkę, patrzy w monitor i mówi "tata". Ja patrzę, słucham, przytulam, w oczach mokro, a serce ociężałe. I myśl - jeszcze trochę...

Dni mijają mi naprawdę szybko. Przy obecnym nawale obowiązków, godziny uciekają jak minuty. Wyjścia, powroty po kilka razy z domu jednego dnia robią swoje. Błogosławię piątkowy wieczór. Jutro nie muszę się zrywać, pędzić, ogarniać pięciu spraw jednocześnie. Jutro spokojny rozkład dnia, z odrobiną relaksu, który jest przeznaczony tylko dla Mamy.

U Dzieci? Dzieje się. 
Córka ma chłopaka, ponownie, po krótkiej przerwie (tego samego). Rozterki miłosne mojej (już prawie) Siedmiolatki, powalają z nóg. Staram się dobrze słuchać, doradzać, choć przy temperamencie mojej córki nie jest to tak proste jak się może wydawać. Kobiety....

U chłopaków trochę inaczej. Ignaś przygotowuje się do matematycznego KANGURKA, z angielskiego 6 przynosi, pani chwali, więc jest dobrze. Choć ostatnio pierwszą uwagę w życiu swoim też przyniósł.
Dzisiaj odrabiając lekcje z angielskiego i ucząc się nowych słówek, Ignaś stwierdził, że w zasadzie po co on będzie uczyć się teraz angielskiego, skoro jak pojedzie do Anglii to się nauczy. A ja wrzucając ciuchy do pralki, uśmiechnęłam się pod nosem, ponieważ syn pierwszy raz wypowiedział się tak spokojnie na temat Anglii (progres?)

Kostek jest autobotem. Żegna powoli swojego pierwszego największego przyjaciela Zygzaka Mc Quinn'a. Teraz wkroczyły w jego dziecięce życie transformery. Jest szał. Nawet cały film obejrzał od deski do deski. Śmiejemy się z mężem, że syn wskoczył na kolejny level. Zmiana zainteresowań.

Stanisław, nasz mały Aniołek.Umila mi każdą chwilę, choć pomysłów ma wiele i to niekoniecznie takich, które przypadają mamie do gustu. Lecz pomocny jest bardzo, bo odkurzać i zamiatać miotełką uwielbia. Oby mu zostało.
Rośnie, lada dzień skończy 18 miesięcy. 
Ulubiona zabawa? Bawimy się w "Gdzie jest Stasio?" Staś zakrywa sobie oczy, po czym z ogromnym śmiechem je odsłania a my (ja) krzyczymy "tu jest!" Szczęście nie do opisania.



Wiosna tuż, tuż, a zaraz urodziny, Święta, potem majówka, Boże Ciało, koniec roku szkolnego, lipiec. To moje wyznaczniki. W oczekiwaniu...

Ale dobrze jest na coś czekać.

Na co Ty czekasz? 
:)

piątek, 30 stycznia 2015

Rodzinna Rewolucja.

Parę dni temu, gdy wylot mojego męża do Londynu zbliżał się nieuchronnie, uświadomiłam sobie, że od tego momentu już nic, nigdy nie będzie takie jak wcześniej
Nasze życie mocno się zmieni i to, które trwało do wczoraj już nie wróci. Już nie będzie codziennego wychodzenia do pracy i spotykania się wieczorem, odprowadzania dzieci przez męża do szkoły i przedszkola, wracania do domu późną nocą z zakupami z tesco, wspólnego przyjmowania gości czy wspólnego wyjścia w odwiedziny, wychodzenia na spacer czy latem z dziećmi na plac zabaw. Tego TUTAJ już nie będzie. Ot takiej zwykłej codzienności w TYM domu, na naszym (ukochanym już przez nas) osiedlu. I ogarnęła mnie melancholia. Okej są rzeczy (głównie rzeczy) z którymi nie będzie mi się trudno rozstać, ale też są rzeczy, miejsca, przyzwyczajenia i przede wszystkim osoby, z którymi cholernie ciężko będzie się rozstać, a tego i tych jest sporo. 

Zaczął się właśnie czas naszej Rodzinnej Rewolucji!
To była wspólna decyzja. Trudna, przemyślana pod każdym możliwym punktem, długo podejmowana. Ale myślę, że słuszna. 
Podjęliśmy z mężem decyzję o wyjeździe do Anglii. Najpierw on. Potem my wszyscy. 
Wiemy, że nie będzie łatwo. Mnie  samej z Czwórką dzieci tutaj. Później już tam. Początki będę trudne, zawsze są, ale jestem na to przygotowana. Z czasem będzie lepiej i wierzę, że sobie poradzimy i Dzieci też sobie poradzą. Będziemy razem, będziemy się wspierać i z pewnością się ułoży.

Tutaj nie daliśmy rady normalnie żyć, choć staraliśmy się długo, ale według mnie za długo. 
Kocham Polskę, jestem dumna z tego, że jestem Polką, dlatego serce mi pęka, kiedy jestem zmuszona do wyjazdu z Ojczyzny tylko po to aby utrzymać swoją Rodzinę i zapewnić jej godny byt. 

Nasza rodzina nie jest mała. Utrzymać sześcioosobową rodzinę w tym czworo coraz starszych dzieci jest bardzo trudne. Mieszkamy w wynajmowanym mieszkaniu o metrażu dużo mniejszym niż jest (w przepisach normach) przewidziane na osobę. Jest ciasno, do tego standard mieszkania nie zwala z nóg. Ignaś i Zuzia chodzą już do szkoły, potrzebują miejsca dla siebie do nauki. Mają je, ale uwierzcie ledwo co. Poza tym dzieci potrzebują przestrzeni i co ja dalej będę pisać, to oczywiste. 

Chcę dać dzieciom szansę rozwoju swoich zainteresowań, talentów, a każdy kto ma dziecko dobrze wie, że to kosztowne. A ja nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy muszę Dziecku odmówić zapisania go na zajęcia dodatkowe, ponieważ mnie na to nie stać, a przy czwórce dzieci? Już teraz ledwo wyrabiam na dodatkowe zajęcia z angielskiego,na które chodzi Ignaś i Zuzia, ponieważ uważam, że to jest podstawa (chodziły już kiedy jeszcze nie myśleliśmy nawet o wyjeździe). Nie wspomnę o tysiącu różnych innych potrzeb dzieci, choćby co raz przyborów do szkoły, czy na wyjścia klasowe, ubrania itp. tego jest naprawdę dużo. Sama nie zdawałam sobie sprawy, ile  jest wydatków, zanim moje dziecko nie poszło do szkoły, potem drugie, noi przedszkole. 

Sądziłam, że damy radę, ale nie dajemy. Więcej wydatków niż przychodów. Okej, ktoś mi powie (i mówi), ale niedługo możesz pójść do pracy. Mogę i pewnie byłoby ciut łatwiej, ale i tak nie wiem czy byłoby nas stać na większe mieszkanie i spłatę długów, których przez jakiś czas się nazbierało.

Coś tu musiało się zmienić! 
I choć robimy to z ciężkim sercem, lepszego rozwiązania nie widzimy.
I jestem dobrych myśli, mimo choroby, która mnie dopadła dzień przed wylotem męża z Polski, gdzie chciałam być zmobilizowana do działania jak najlepiej. Zmobilizowana jestem, z wykonaniem gorzej, ale nie! Naprawdę nie jest źle (myślałam, że będzie gorzej).
I są plusy - zawsze to odrobinę mniej prania i prasowania, nie?
A o dzieciach też myślimy, choć tej kwestii teraz nie poruszam. Wszyscy się postaramy, aby tę rozłąkę teraz przeżyły jak najmniej dotkliwie. 
Wnioski pewnie opiszę w późniejszym czasie. 

Rodzinna Rewolucja ruszyła. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę, zdecydowanie i z wiarą, że w końcu się uda. I się uda! 

piątek, 23 stycznia 2015

List do Dziadka.

Kochany Dziadziu Stasiu!


  Wspominam. Nieustannie, odkąd Ciebie zabrakło. Człowiek cofa się do samego początku, przypominając sobie wszystkie ważne i nie tylko momenty, dobre, piękne, życie -  po prostu. 



Wspominam ten czas, gdy przychodziłeś się nami opiekować, gdy Tomek jeszcze nie chodził do przedszkola. Dzieci, którymi opiekują się Dziadkowie gdy ich rodzice pracują, to prawdziwi szczęściarze. Te chwile są bezcenne. Bliskie więzi, poczucie bezpieczeństwa, nieprzerwanie ciepła domowa atmosfera. Mimo, że miałam osiem lub dziewięć lat (raczej dziewięć) to było to wszystko dla mnie bardzo ważne. To był piękny czas. 

Zawsze z Bartkiem wspominamy Twoje frytki. Tak jak Babcia smażyła w ogromnych ilościach naleśniki, Ty robiłeś frytki. Na naszą prośbę siadałeś w kuchni, obierałeś ziemniaki (mnóstwo ziemniaków), kroiłeś, smażyłeś. To było czasochłonne, wtedy nie było gotowych mrożonych frytek, które się robi w kilka minut. My się zajadaliśmy, najadaliśmy, zapychaliśmy. Już naprawdę mieliśmy dość, a Ty je nadal robiłeś! 
-"Dziadku, już nie możemy..."
-"Co nie możecie? Chcieliście, to teraz proszę jeść!" :) 
To nas rozwalało na łopatki. Do dziś to wspominamy z wielkim uśmiechem na buzi. 
Ale to był chyba Twój cel, zrobić tyle, aż będziemy mieli dość. Oczywiście wszystko z miłością. Dobra porcja to była ogromna porcja :) Nieważne czy była dla dorosłego mężczyzny czy dziecka. Ale byłeś spokojny, bo wiedziałeś, że nikt z Twojego domu nie wyjdzie głodny. Przed wyjściem, zawsze pakowałeś coś "na wynos". Dzieliłeś się tym co miałeś. Taki byłeś.


Zawsze byłeś stanowczy, kiedy trzeba było poraziłeś surowym spojrzeniem, byłeś człowiekiem zasad. Ale to nie znaczy, że się nie uśmiechałeś. Miałeś duże poczucie humoru, lubiłeś żartować. Zawsze można było z Tobą porozmawiać i na Tobie polegać. Pomagałeś ludziom.



Lubiłeś twarde charaktery. Sam byłeś jednym z nich. Nigdy nie narzekałeś. Nie skarżyłeś się na ból, gdy Cię dopadał. A później w zasadzie nie opuszczał. Chciałeś funkcjonować zawsze tak, jakby nic się nie działo. I funkcjonowałeś. Podziwiałam Cię. 



Cieszę się, że moje dzieci Cię pamiętają. Że poznałeś małego Stasia.

Brakuje nam teraz Ciebie bardzo. 
Brakuje mi mojego "cześć Dziadziu!" gdy przychodziłam i "to pa Dziadziu!" gdy wychodziłam. Choć teraz gdy przychodzę nadal tak mówię, słyszysz prawda?
Brakuje mi tak wspaniałego Dziadka jakim byłeś!
Lecz w moim sercu i myślach jesteś każdego dnia.
I będziesz zawsze.

Wierzę, że Tam gdzie jesteś jest Ci dobrze, i że jesteś szczęśliwy. Na pewno jesteś, w końcu jesteś z Babcią :)
Tęsknię bardzo <3
Zawsze będę kochać.
Agata

środa, 21 stycznia 2015

List do Babci.

Kochana Babciu Stefciu!

  Wspominam Ciebie często, nie tylko w tym dniu. Postanowiłam napisać ten list, ponieważ nie miałam okazji Ci tego powiedzieć, choć Ty pewnie wiesz.

Sięgam pamięcią do moich najmłodszych lat dzieciństwa i pamiętam Ciebie, gdy przychodziłaś do naszego domu, co sobotę lub co drugą aby opiekować się mną i Bartkiem (ja miałam 4-5 lat, Bartek 1,5 roku mniej). Rodzice mieli wówczas zajęcia w Studium Życia Rodzinnego. Zawsze przychodziłaś z pełną siatką różności, czegoś dla nas i dla Mamy. Szczególnie pamiętam gumy z Kaczorem Donaldem, przynosiłaś ogromne paczki, w którch było z 12 szt. lub więcej. Uwielbialiśmy je. 
Pamiętam jak śpiewałaś nam różne piosenki takie jak: "W murowanej piwnicy, tańcowali zbójnicy"i "Tańcowały dwa Michały" i jeszcze inne, ale te dwie pamiętam szczególnie. Ty nam śpiewałaś a ja z Bartkiem szaleliśmy do upadłego.
Gdy Mama po 8 latach spędzonych z nami, wróciła do pracy, przychodziłaś aby opiekować się dwuletnim wtedy Tomkiem. Ach... ten czas również pamiętam doskonale. Nigdy wcześniej nie jadłam tylu naleśników co w tamtym czasie. Wystarczyła mała prośba o naleśniki, zaraz się smażyły. Byłaś kochana! I oczywiście racuchy! Były zawsze w Twoim domu, a co za tym idzie często i w naszym. Brakuje mi ich teraz bardzo.
Po dwóch miesiącach nieszczęśliwie upadłaś i złamałaś nogę, wtedy zastąpił Cię Dziadzio, a Ty kurowałaś się w domu.

Wszystkie Święta, ferie, wakacje, spędzaliśmy u Was. Oczywiście niecałe, ale przyjeżdżaliśmy kiedy tylko było to możliwe. Spanie na piętrowym łóżku (uwielbialiśmy), zabawy na "placu z rakietą", najlepszym, największym i najfajniejszym placu w Lublinie. 
Zimą łyżwy na Globusie jeszcze wtedy, na które zwykle chodziłam z Kaśką, latem szaleństwa na placu. Mieszkaliście w pięknym miejscu, to osiedle (Mickiewicza na LSM) ma w sobie jakiś czar. Tyle zieleni, pięknych, dużych drzew, alejek, wspaniała fontanna (która już chyba nie działa) to wszystko sprawiało, że w tamtym miejscu się odpoczywało i chciało się do niego wracać. I nadal chce.
Pamiętam Babciu Twoje bajki na dobranoc, uwielbiałam słuchać, zresztą nie tylko ja. Cudownie opowiadałaś. Bardzo żałuję, że nie pamiętam szczegółowo bajki o "Lisie i Koguciku" bo bardzo chciałabym ją teraz opowiadać swoim dzieciom. 

Przepraszam Babciu, że nie było mnie tak często gdy może tego chciałaś. Gdy już nadeszła choroba i nie mogłaś funkcjonować jak wcześniej. Dom, dzieci, mąż zawsze w pracy, może brzmi to jak marna wymówka, lecz naprawdę człowiek gonił  w piętkę.  Ale żałuję, że mimo to nie starałam się bardziej, częściej. 

Cieszę się, że mogłam się Tobą opiekować, gdy rodzice wyjechali na wakacje. Spędziliśmy razem parę kilka pięknych dni. Dookoła latał Ignaś z Zuzią, mały Kostek, który miał wtedy prawie rok. Widok prawnuków dawał Ci tyle radości.

Dziękuję Bogu za dzień, w którym widziałyśmy się po raz ostatni. Wtedy nie wiedziałam, że już nie przyjdzie nam się więcej zobaczyć. Wszyscy domownicy wyjechali (bodajże na pogrzeb cioci Gieni). Bartek zadzwonił do mnie i zapytał czy byśmy nie poszli razem posiedzieć z Tobą, oczywiście poszliśmy, to był koniec kwietnia. 

Babciu odeszłaś tak nagle! Lecz w moim sercu i w moich myślach jesteś każdego dnia. Żyjesz w mojej, w naszej pamięci. 
Dziękuję za Twój czas, gdy byliśmy młodsi, za twoje naleśniki, racuchy, kogel-mogel, Twoje bajki i opowiadania. Dziękuję za Ciebie. 
Byłaś dla mnie wspaniałą Babcią. Wiedz o tym!
Tęsknię. Bardzo tęsknię.

Wierzę, że Tam, gdzie teraz jesteś jest Ci dobrze, i że jesteś szczęśliwa. Zasługujesz na to. <3 
Zawsze będę kochać.
Twoja wnuczka Agata

niedziela, 18 stycznia 2015

Lakowanie czyli zdrowych ząbków czas.

Ostatnio regularnie odwiedzamy gabinet stomatologiczny.
Ja postanowiłam wziąć się za swoje zęby, które po ciążach wymagały większej lub mniejszej naprawy. A dzieci już od dawna chciałam poddać dobrej opiece dentystycznej, a jako, że znalazłam odpowiednią (z dobrym podejściem i solidnie wykonaną pracą = wiem, że za rok nie będę musiała poprawiać) panią  Doktor, ruszyliśmy wszyscy po piękne i zdrowe uśmiechy. 
Przyznaję, że u Ignasia (8,5 l.) oraz u Zuzi (7 l.) jest już troszkę pracy. Co prawda Zuzia od urodzenia miała słabe zęby. Parę miesięcy po pokazaniu się pierwszych ząbków, zaczęły się one psuć. Mimo, że Zuzia nie ssała smoka (poza 1 sek, po której wypluła go na 1 metr odległości), jak ognia unikałam butelek i również nie piła sztucznego mleka, co często pomaga w rozwijaniu się próchnicy u małych dzieci. Czyściłam, o słodyczach jeszcze wtedy nie było mowy. A mimo to ząbki się psuły. Podejrzewam, że duży wpływ na słabe szkliwo miał niedobór wapnia, ale  również stomatolodzy mówią, że może być to genetyczne. Gdy troszkę podrosła, zęby zostały polakowane w celu zatrzymania próchnicy. 

I o tym dzisiaj właśnie chciałam napisać. Rzecz tak  prosta, banalna a jednocześnie istotna. 

Lakowanie! 

Jak pisze nasza stomatolog, dr n. med. Agnieszka Krawczyk :
Złe nawyki higieniczne, duże ilości słodyczy i zbyt rzadkie wizyty u dentysty - to jedne z wielu przyczyn fatalnego stanu zębów polskich dzieci.
Stomatolodzy alarmują, że ponad 90% dzieci w Polsce w wieku przedszkolnym i szkolnym ma próchnicę!!!

LAKOWANIE  ZMNIEJSZA RYZYKO WYSTĄPIENIA PRÓCHNICY NAWET W 90%!


  • Dzięki lakowaniu eliminuje się możliwość rozwoju próchnicy w trudno dostępnych miejscach.
  • Gładka powierzchnia zębów umożliwia łatwiejszą higienę jamy ustnej.
  • Zabieg jest całkowicie bezbolesny.

Co ciekawe do stomatologa możemy się już udać z 7-8 miesięcznym niemowlakiem. Warto zacząć od pierwszych ząbków. Dzięki temu możemy mieć pewność, że naszym dzieciom nie straszna będzie próchnica. 
Pamiętajcie, że mimo regularnego szczotkowania, w zębach są zagłębienia, do których nie sięgnie szczoteczka, i w tych szczelinach rozwija się próchnica.

Ja żałuję, że nie znalazłam wcześniej czasu na  regularne wizyty u stomatologa z moimi dziećmi (sporadycznie i owszem), choć myślałam o tym często. W efekcie Ignaś miał już robione dwa zęby mleczne. Ważne jest również leczenie zębow mlecznych, gdyż w efekcie ich niewyleczenia, stałe zęby mogą się już pojawić chore. 
Zuzia również ma do leczenia "5". 

Ważną myślę informacją, jest również fakt, że starszym dzieciom ze stałymi zębami (oczywiście i dorosłym) również można polakować zęby, i mieć spokój na długie lata.

Tymczasem lada dzień lecę z moim 16 miesięcznym Stasiem oraz 4-letnim Kostkiem na lakowanie. 

Was również zachęcam, warto!!!